Grzechy Literatury
Kategoria: Publicystyka - inne
Mamy grzechy w świecie gier komputerowych, jednak te w literaturze są temat mało powszechnym. Jako czytasz z wieloletnim doświadczeniem oraz nałogowy zbieracz książek, tudzież także pisarz, postanowiłem trochę pośmiać się zarówno z autorów jak i wydawnictw.
[center]1. Sztuczne rozszerzanie fabuły.[/center]
Zarzut ten nie jest bezpodstawny, bo nawet ja jako początkujący autor miewałem takie pomysły, że jeśli tekst wydaje mi się niezbyt obszerny, to krótką podróż potrafiłem opisać z drobnymi szczegółami na kilku stronach. Nienawidzę książek z długim wstępem, gdzie nic się nie dzieje. Problem w tym, że wydawnictwa nie lubią tytułów, w których akcja kipi od samego początku. Znam kilka książek, które z 500 stron tekstu miały ponad 250 stron wstępu, co jest karygodne. Tak, więc albo dajemy krótki wstęp i rozwijamy akcję, albo robimy z tego nudną opowiastkę, z jakimś zwrotem akcji na końcu, którego czytelnik i tak nie pozna, bo zaśnie z nudów.
[center][b]2. Mieszanie gatunków.[ /b][/center]
To jedna z najgorszych rzeczy, jakie można uczynić. Rzygać mi się chce, gdy widzę coś w stylu science fantasy fiction. Zdaję sobie sprawę z istnienia gatunku takiego jak tech fantasy. Jednak jeśli mamy wyraźne fantasy i s-fi, to coś jest nie tak. Tu za przykład służy Sebastian Uznański ze swoim „Żałując za jutro”. Mimo faktu, że nie spełnia ona pierwszego punktu, bo wstęp jest króciutki, tak pomieszanie gwiezdnych flot z admirałem Vesselem na czele i wszelkiej maści robotami wraz z królestwem demonów, archaniołami, dodając do tego wątek żywcem wzięty z tanich romansideł sprawiły, że całość jest mocno nieapetyczna.
[center][b]3. Wstawianie absurdalnych wątków fabularnych.[ /b][/center]
Zjawisko częste…Więcej...
[center]1. Sztuczne rozszerzanie fabuły.[/center]
Zarzut ten nie jest bezpodstawny, bo nawet ja jako początkujący autor miewałem takie pomysły, że jeśli tekst wydaje mi się niezbyt obszerny, to krótką podróż potrafiłem opisać z drobnymi szczegółami na kilku stronach. Nienawidzę książek z długim wstępem, gdzie nic się nie dzieje. Problem w tym, że wydawnictwa nie lubią tytułów, w których akcja kipi od samego początku. Znam kilka książek, które z 500 stron tekstu miały ponad 250 stron wstępu, co jest karygodne. Tak, więc albo dajemy krótki wstęp i rozwijamy akcję, albo robimy z tego nudną opowiastkę, z jakimś zwrotem akcji na końcu, którego czytelnik i tak nie pozna, bo zaśnie z nudów.
[center][b]2. Mieszanie gatunków.[ /b][/center]
To jedna z najgorszych rzeczy, jakie można uczynić. Rzygać mi się chce, gdy widzę coś w stylu science fantasy fiction. Zdaję sobie sprawę z istnienia gatunku takiego jak tech fantasy. Jednak jeśli mamy wyraźne fantasy i s-fi, to coś jest nie tak. Tu za przykład służy Sebastian Uznański ze swoim „Żałując za jutro”. Mimo faktu, że nie spełnia ona pierwszego punktu, bo wstęp jest króciutki, tak pomieszanie gwiezdnych flot z admirałem Vesselem na czele i wszelkiej maści robotami wraz z królestwem demonów, archaniołami, dodając do tego wątek żywcem wzięty z tanich romansideł sprawiły, że całość jest mocno nieapetyczna.
[center][b]3. Wstawianie absurdalnych wątków fabularnych.[ /b][/center]
Zjawisko częste…Więcej...
All you got to do is dream!
Kategoria: Publicystyka - inne
Broadwayowski sen wczoraj i dziśWidzowie się schodzą! Wszyscy gotowi? Co to za plama?! Niech ktoś to sprzątnie! Światła… Światła! Co jest!? Gdzie oświetleniowcy?! Statyści! – Dwa, cztery, sześć… dwanaście! Wszyscy! A wy!? Jeszcze w garderobie?! Czego?! Rekwizyty? A tak, na lewo… Niech ktoś pobiegnie na górę i przyniesie tu kopię skryptu… i walerianę. No i może cyjanek na wszelki wypadek… Wszyscy są. Alleluja! Boże, pełna sala! Światła! Już czas. Wychodźcie! Kurtyna! W imię ojca i syna…
Ciche zwady, głośne boje
„- Pan Edwin Forrest nadał tej roli zupełnie nowy wydźwięk, obsadzenie go w roli Lizandra było doskonałym pomysłem.” „- Pan raczy żartować? Komedia jaką jest ‘Sen nocy letniej’ powinna śmieszyć komizmem sytuacyjnym i zabawnymi dialogami, nie zaś stawać się pośmiewiskiem!” Przechadzając się po nowojorskiej Bowery Street początku XIX wieku i przystając na chwilę pod wielkim jak na tamte czasy gmachem z czterema dumnie wznoszącymi się ku niebu kolumnami korynckimi, moglibyśmy zapewne usłyszeć podobną wymianę poglądów i nie byłoby niczym dziwnym, iż jej temat byłby taki a nie inny, gdyż jakim by nie był obecnie sen teatru broadwayowskiego, na początku był to sen iście Szekspirowski. Oprócz hamletowskiego ‘Być czy nie być?’ na scenach królowała opera, jednakże zupełnie odmienna od tej znanej dotychczas na starym kontynencie, wyrażająca sprzeciw wobec włoskiego podboju anglojęzycznego świata rozrywki, charakteryzująca się odważnymi dialogami o zabarwieniu satyrycznym. Pierwszym tego typu dziełem jakie wystawiono przed nowojorską publicznością była „Opera Żebracza” odegrana po raz pierwszy…Więcej...
Wyścig szczurów. Brudne zagrywki producentów cyfrówek.
Kategoria: Publicystyka - inne
Czytając jeden z poprzednich numerów CDA ucieszył mnie widok rankingu aparatów fotograficznych. Nie jestem może profesjonalnym fotografem, natomiast uważam, że mogę doradzić osobom zaczynającym przygodę z fotografią chociażby w kwestii technicznej. Chciałbym zaprezentować krótki poradnik dla osób nie ogarniających wszystkich tych zawiłych parametrów i nazw. Wiele osób kupujących nowy sprzęt sugeruje się z braku laku opinią sprzedawcy, który często poleca coś, czego chce się pozbyć. Bardzo często stosuje się również taktykę wypisywania w opisie szczegółów, które nie mają dużego znaczenia przy robieniu zdjęć, a o zgrozo nawet wbrew pozorom mogą przyczynić się do gorszej jakości fotek. Ostatnimi czasy producenci aparatów fotograficznych, szczególnie kompaktów, toczą bezpardonowy bój o klienta. Zjawisko powinno wyjść na dobre temu ostatniemu, jednak czy jest tak naprawdę? Główną płaszczyzną na której odbywa się rywalizacja jest ilość megapikseli znajdujących się na matrycy, lub cyfra określająca cyfrowy zoom w naszym sprzęcie. Niestety wiele osób dopiero zaczynających robienie zdjęć, a nie fotek na NK, nie zdaje sobie sprawy, że ilość mpix (megapikseli) nie jest tak ważna jak mówią chociażby sprzedawcy. Bardzo często jest odwrotnie. Producenci aparatów znaleźli knif, który pozwoli im windować ceny, kosztem nieuświadomionych klientów, ale po kolei.
Piksel, to pojedynczy punkt na matrycy (sensorze). Punkt taki ma za zadanie pobrać określoną ilość światła i przekazać ją dalej. Przeważnie matryce są wielkości kilku milimetrów kwadratowych, więc proszę sobie wyobrazić jak małe są te punkciki, kiedy na obszarze powiedzmy 1 cm2 ich liczba często przekracza 10 milionów. Wielkość takiego punktu (piksela)…Więcej...
Rękodzieła z Peru
Kategoria: Publicystyka - inne
Autor: Donald

Dawno temu, zaraz po tym, gdy skończył się w Polsce komunizm, wyszli z domów różni tacy ludzie z mocnym postanowieniem wystartowania w nowe czasy na jakiś oryginalny, nieosiągalny do tej pory sposób. Niektórzy z nich zatrudnili się na przykład w pierwszym w Polsce McDonaldzie na Alejach Jerozolimskich, a inni zasiedli wygodnie na Krupówkach i siedząc oferowali na sprzedaż coś, co na pierwszy rzut oka przypominało sznurówki uplecione z różnokolorowych nitek, układających się w egzotyczne wzory. Gdyby przyjrzeć się temu bliżej, dałoby się zauważyć jakieś węzły, jakieś guzy i inne upiększacze. Ludzie ci mieli przed sobą kartki, na których napisy głosiły coś jak "Oryginalne rękodzieło z Peru". Minęły lata i ci z Maca stwierdzili, że choć start był kiepski, to wiedzą coś o robieniu kasy i że zrobili dobrze. Ci od rękodzieł z Peru nie stwierdzili, że zrobili dobrze. Nazwa, którą biorę z czasów embrionalnego kapitalizmu, dość udanie pasuje do dzieł opisanych poniżej, gdyż podobnie jak u tych z Krupówek, nie można z niej wyczytać nic, albo można wszystko.
Jako, że oprócz posiadania nazwy Rękodzieła z Peru rzeczywiście istnieją, o ich fenomenie trzeba opowiedzieć. Przybiorę ton lekko poważniejszy - wszak o sztuce mowa - i postaram się użyć jak najprzystępniejszych słów. Rękodzieła z Peru stanowią przykład zmian w sztuce ludowej. Zmian w co, trudno powiedzieć. Nazwijmy to coś umownie sztuką post-ludową lub postfolklorem. Artysta tworzy swoje dzieła z materiałów, które znajdzie dookoła. Elementy materiału do dzieła sztuki post-ludowej dobierane…Więcej...

Dawno temu, zaraz po tym, gdy skończył się w Polsce komunizm, wyszli z domów różni tacy ludzie z mocnym postanowieniem wystartowania w nowe czasy na jakiś oryginalny, nieosiągalny do tej pory sposób. Niektórzy z nich zatrudnili się na przykład w pierwszym w Polsce McDonaldzie na Alejach Jerozolimskich, a inni zasiedli wygodnie na Krupówkach i siedząc oferowali na sprzedaż coś, co na pierwszy rzut oka przypominało sznurówki uplecione z różnokolorowych nitek, układających się w egzotyczne wzory. Gdyby przyjrzeć się temu bliżej, dałoby się zauważyć jakieś węzły, jakieś guzy i inne upiększacze. Ludzie ci mieli przed sobą kartki, na których napisy głosiły coś jak "Oryginalne rękodzieło z Peru". Minęły lata i ci z Maca stwierdzili, że choć start był kiepski, to wiedzą coś o robieniu kasy i że zrobili dobrze. Ci od rękodzieł z Peru nie stwierdzili, że zrobili dobrze. Nazwa, którą biorę z czasów embrionalnego kapitalizmu, dość udanie pasuje do dzieł opisanych poniżej, gdyż podobnie jak u tych z Krupówek, nie można z niej wyczytać nic, albo można wszystko.
Jako, że oprócz posiadania nazwy Rękodzieła z Peru rzeczywiście istnieją, o ich fenomenie trzeba opowiedzieć. Przybiorę ton lekko poważniejszy - wszak o sztuce mowa - i postaram się użyć jak najprzystępniejszych słów. Rękodzieła z Peru stanowią przykład zmian w sztuce ludowej. Zmian w co, trudno powiedzieć. Nazwijmy to coś umownie sztuką post-ludową lub postfolklorem. Artysta tworzy swoje dzieła z materiałów, które znajdzie dookoła. Elementy materiału do dzieła sztuki post-ludowej dobierane…Więcej...
Ekologia wyzwaniem dla współczesnej logistyki
Kategoria: Publicystyka - inne
Autor: Sato

Do niedawna ekologia, w ujęciu historycznym, była zagadnieniem niewygodnym, pomijanym, ignorowanym a nawet zabronionym. Szczególnie w krajach takich jak Chiny, gdzie świadomość ekologiczna była minimalna, przez co wysiłki krajów bardziej odpowiedzialnych były redukowane. Teraz wszystko na szczęście się zmieniło, ponieważ ludzkość obudziła się i przejrzała na oczy. Już dziś wiadomo, że zasoby naturalne nie są beczką bez dna. Więcej - kurczą się w zawrotnym tempie. Utrzymanie tego tempa eksploatacji doprowadziłoby do ich całkowitego wykorzystania za 80 lat oraz do nieodwracalnych i katastrofalnych zmian w ekosystemie. Taki stan rzeczy można by przyrównać do wypalania i degradowania ziem przez ludy wędrowne w Afryce. Co można zrobić, by ten stan rzeczy się zmienił? Przede wszystkim wziąć głęboki oddech i spojrzeć na świat chłodnym okiem, tak, aby zobaczyć korzyści pieniężne płynące z dobrego traktowania środowiska.
W moim najbliższym otoczeniu logistyka wspierająca ekologię również ma miejsce. Tkwi ona w pozyskiwaniu kupców na odpady produkcyjne. Brzmi to mało spektakularnie, lecz przynosi spore korzyści finansowe firmie. W wyznaczonym miejscu jest szereg pojemników z rożnymi oznakowaniami. Są to: odpady komunalne, papier (recykling: sprzedaż do wytwórni papieru toaletowego), odpady z produkcji, czyli materiał silikonowany i nie silikonowany (sprzedaż do fabryki szczoteczek do zębów, tam materiał jest rozwłókniany i kształtowany w rączkę i włosie.), zużyte stalowe elementy maszyn (transportowane są do skupu złomu, który mieści się dosłownie obok firmy), zużyty olej (jest naprawdę dobrej jakości, dlatego nawet po przejściu przez maszynę jest wykorzystywany ponownie do celów opalowych), folia…Więcej...

Do niedawna ekologia, w ujęciu historycznym, była zagadnieniem niewygodnym, pomijanym, ignorowanym a nawet zabronionym. Szczególnie w krajach takich jak Chiny, gdzie świadomość ekologiczna była minimalna, przez co wysiłki krajów bardziej odpowiedzialnych były redukowane. Teraz wszystko na szczęście się zmieniło, ponieważ ludzkość obudziła się i przejrzała na oczy. Już dziś wiadomo, że zasoby naturalne nie są beczką bez dna. Więcej - kurczą się w zawrotnym tempie. Utrzymanie tego tempa eksploatacji doprowadziłoby do ich całkowitego wykorzystania za 80 lat oraz do nieodwracalnych i katastrofalnych zmian w ekosystemie. Taki stan rzeczy można by przyrównać do wypalania i degradowania ziem przez ludy wędrowne w Afryce. Co można zrobić, by ten stan rzeczy się zmienił? Przede wszystkim wziąć głęboki oddech i spojrzeć na świat chłodnym okiem, tak, aby zobaczyć korzyści pieniężne płynące z dobrego traktowania środowiska.
W moim najbliższym otoczeniu logistyka wspierająca ekologię również ma miejsce. Tkwi ona w pozyskiwaniu kupców na odpady produkcyjne. Brzmi to mało spektakularnie, lecz przynosi spore korzyści finansowe firmie. W wyznaczonym miejscu jest szereg pojemników z rożnymi oznakowaniami. Są to: odpady komunalne, papier (recykling: sprzedaż do wytwórni papieru toaletowego), odpady z produkcji, czyli materiał silikonowany i nie silikonowany (sprzedaż do fabryki szczoteczek do zębów, tam materiał jest rozwłókniany i kształtowany w rączkę i włosie.), zużyte stalowe elementy maszyn (transportowane są do skupu złomu, który mieści się dosłownie obok firmy), zużyty olej (jest naprawdę dobrej jakości, dlatego nawet po przejściu przez maszynę jest wykorzystywany ponownie do celów opalowych), folia…Więcej...
Biedermann i podpalacze w Teatrze Nowym
Kategoria: Publicystyka - inne
Autor: cieslakgrzes

Dnia 22 stycznia 2010 roku odbyła się próba generalna adaptacji teatralnej dramatu Maksa Frischa pt. „Biedermann i podpalacze” wyreżyserowanego przez Krzysztofa Babickiego. Warto tutaj nadmienić że spektakl ten jest jubileuszową, czterechsetną premierą na deskach teatru Nowego. Czy na tak doniosłą okoliczność dokonano słusznego wyboru i czy zespół teatralny wywiązał się należycie satysfakcjonująco?
Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi na takie pytanie. Ujrzałem dziś sztukę inną, sztukę jakiej jeszcze w swoim poniekąd krótkim życiu nie widziałem na oczy. Ale po kolei. Próbując wyjaśnić jak najbardziej racjonalnie mamy do czynienia z historią pana Biedermanna- człowieka sukcesu żyjącego wraz z żoną w dostatku i dobrobycie. Społeczeństwo w jakim żyją jest właśnie wzburzone falą podpaleń, jednak główny bohater nie przyjmuje do świadomości tego że podobna tragedia mogłaby się przydarzyć właśnie jemu. Los rzuca mu pod nogi jednak dwójkę (nie do końca wiadomo czy egzystujących w świecie rzeczywistym) ludzi będących w potrzebie: bezdomnego oraz byłego więźnia, którzy to podają się za podpalaczy. Biedermann jednak nie dopuszcza takiej myśli do świadomości, co więcej traktuje ich zapewnienia jako dobry dowcip. Co z tego wyniknie i w jaki sposób rozwikła się ta abstrakcyjna sytuacja dowiecie się tylko idąc do teatru. Dość powiedzieć że zamieszane w to wszystko są wszechwładne siły dobra i zła, a sami aktorzy dokonują niesamowitych odejść od wszelkich konwencji jakie są mi znane.
I już to zasługuje na ogromny plus dla całego spektaklu. Niejednokrotnie będziemy zaskoczeni dialogiem, sytuacją, postacią, wydarzeniem (scena tańca i…Więcej...

Dnia 22 stycznia 2010 roku odbyła się próba generalna adaptacji teatralnej dramatu Maksa Frischa pt. „Biedermann i podpalacze” wyreżyserowanego przez Krzysztofa Babickiego. Warto tutaj nadmienić że spektakl ten jest jubileuszową, czterechsetną premierą na deskach teatru Nowego. Czy na tak doniosłą okoliczność dokonano słusznego wyboru i czy zespół teatralny wywiązał się należycie satysfakcjonująco?
Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi na takie pytanie. Ujrzałem dziś sztukę inną, sztukę jakiej jeszcze w swoim poniekąd krótkim życiu nie widziałem na oczy. Ale po kolei. Próbując wyjaśnić jak najbardziej racjonalnie mamy do czynienia z historią pana Biedermanna- człowieka sukcesu żyjącego wraz z żoną w dostatku i dobrobycie. Społeczeństwo w jakim żyją jest właśnie wzburzone falą podpaleń, jednak główny bohater nie przyjmuje do świadomości tego że podobna tragedia mogłaby się przydarzyć właśnie jemu. Los rzuca mu pod nogi jednak dwójkę (nie do końca wiadomo czy egzystujących w świecie rzeczywistym) ludzi będących w potrzebie: bezdomnego oraz byłego więźnia, którzy to podają się za podpalaczy. Biedermann jednak nie dopuszcza takiej myśli do świadomości, co więcej traktuje ich zapewnienia jako dobry dowcip. Co z tego wyniknie i w jaki sposób rozwikła się ta abstrakcyjna sytuacja dowiecie się tylko idąc do teatru. Dość powiedzieć że zamieszane w to wszystko są wszechwładne siły dobra i zła, a sami aktorzy dokonują niesamowitych odejść od wszelkich konwencji jakie są mi znane.
I już to zasługuje na ogromny plus dla całego spektaklu. Niejednokrotnie będziemy zaskoczeni dialogiem, sytuacją, postacią, wydarzeniem (scena tańca i…Więcej...
