"Zapiski z 1000 i jednej nocy", Eldo
Kategoria: Muzyka - recenzje
Właściwie pisanie o muzyce to rzecz co najmniej dziwna. Jak oddać słowami nuty, melodię, bity…? Jak opisać emocje towarzyszące każdemu dźwiękowi? A może po prostu skupić się tylko i wyłącznie na… słowach?Bo rynek teraz mierzy inną już miarą,
I żeby przeżyć głośny krzyk to dziś za mało,
Ma dość tych rycerzy, dziś energia i styl,
Bo MC to ten, co bez rąk umie dać ci w ryj.
Truizmem jest pisanie, że Leszek Kaźmierczak w środowisku hiphopowym uchodzi za postać wybitną. Ma wielu zwolenników, jak i przeciwników, owszem, ale nikt nie odmówi Eldoce, bo pod takim pseudonimem skrywa się artysta, specyficznego stylu i znakomitych tekstów. A spory o to, który raper ma lepszy flow, kto wygrał kiedyś tam bitwę na słowa, kto najlepiej reprezentuje enklawę hiphopową w Polsce, pozostawmy cyklistom, pieniaczom i ludziom zbyt hermetycznym bo docenić ten muzyczny pluralizm.
Idealiści jak ja – naiwna mniejszość,
Aktywiści - zaangażowanie kontra obojętność,
Myśli przeciętność…
Tak, to plaga, tak świat szybko – łatwo i niczego nie wymagać,
Wiem, tyle tu pokus, ja też uczę się odmawiać,
Myślisz, że mam swój sposób, żeby była równowaga?
My skupmy się tymczasem na Eldo i jego najnowszym albumie. Warszawiak z krwi i kości swoim najnowszym albumem dobitnie pokazał, że trzyma formę. „Zapiski z 1001 nocy”, znakomicie wydane (stylowa zieleń, jewel box włożony do kartonowego, tłoczonego opakowania), są doskonałe tak pod względem formy, jak i treści. Wspomniałem na początku, że wręcz niemożliwym jest oddać atmosferę…Więcej...
Rob Zombie - Hellbilly Deluxe 2
Kategoria: Muzyka - recenzje
Autor: arseonist

Spory kawał czasu minął od premiery ostatniej płyty Roba "Educated Horses". Wiosna 2006 to odległe dzieje. Ja rozumiem, facet zabiegany jest, pisze scenariusze, kręci filmy, ale w sumie ci, którzy sięgają po jego solowe płytki są już raczej do takiej sytuacji przyzwyczajeni. Dziadunio (w tym roku wszakże stuknie mu 45 lat) ma za sobą kawał kariery muzycznej, która trwa już ćwierć wieku! Takie doświadczenie może sugerować, że fuszerki na nowej płycie nie ma. Jak jest faktycznie? O tym poniżej.
Pierwsze wrażenie kiedy bierzemy album do ręki nie odbiega od towarzyszących przy wcześniejszych premierach. Okładkę zdobi poorana, brodata facjata samego Roba. Jak zwykle zresztą. Lansik musi być, nie ważne czy jest to gwiazdka pop, czy gwiazdka rock, jak w przypadku Zombiego. W końcu to mózg całego przedsięwzięcia. Zostawię może jednak złośliwości i skupie się na tym co najważniejsze. Kiedyś mi powiedziano, że liczy się tylko dobra muza i Twoja Stara. Seniorkę zostawmy w spokoju i przejdźmy do rzeczy.
Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wszystkich kawałków, jak to niektórzy w zwyczaju miewają i opowiem jeno skrótowo o kilku pozycjach, co by Wam, szanowni telewidzowie, odrobinę do odkrycia w domowym zaciszu zostawić. Otwierający stawkę Jesus Frankenstein to dla mnie kompletne zaskoczenie. Pierwsze chwile budzą skojarzenia ze starym, dobrym doomowym graniem! Wolny, masywny riff, takaż perkusja, po czym totalne wyciszenie, kilka plumkających dźwięków... "Oho, szykuje się cholernie ciężka jazda." Kolejne sekundy rozwiewają nadzieje jednakowoż. Od kawałka zaczyna bić stary, typowy dla…Więcej...

Spory kawał czasu minął od premiery ostatniej płyty Roba "Educated Horses". Wiosna 2006 to odległe dzieje. Ja rozumiem, facet zabiegany jest, pisze scenariusze, kręci filmy, ale w sumie ci, którzy sięgają po jego solowe płytki są już raczej do takiej sytuacji przyzwyczajeni. Dziadunio (w tym roku wszakże stuknie mu 45 lat) ma za sobą kawał kariery muzycznej, która trwa już ćwierć wieku! Takie doświadczenie może sugerować, że fuszerki na nowej płycie nie ma. Jak jest faktycznie? O tym poniżej.
Pierwsze wrażenie kiedy bierzemy album do ręki nie odbiega od towarzyszących przy wcześniejszych premierach. Okładkę zdobi poorana, brodata facjata samego Roba. Jak zwykle zresztą. Lansik musi być, nie ważne czy jest to gwiazdka pop, czy gwiazdka rock, jak w przypadku Zombiego. W końcu to mózg całego przedsięwzięcia. Zostawię może jednak złośliwości i skupie się na tym co najważniejsze. Kiedyś mi powiedziano, że liczy się tylko dobra muza i Twoja Stara. Seniorkę zostawmy w spokoju i przejdźmy do rzeczy.
Nie będę tutaj omawiał szczegółowo wszystkich kawałków, jak to niektórzy w zwyczaju miewają i opowiem jeno skrótowo o kilku pozycjach, co by Wam, szanowni telewidzowie, odrobinę do odkrycia w domowym zaciszu zostawić. Otwierający stawkę Jesus Frankenstein to dla mnie kompletne zaskoczenie. Pierwsze chwile budzą skojarzenia ze starym, dobrym doomowym graniem! Wolny, masywny riff, takaż perkusja, po czym totalne wyciszenie, kilka plumkających dźwięków... "Oho, szykuje się cholernie ciężka jazda." Kolejne sekundy rozwiewają nadzieje jednakowoż. Od kawałka zaczyna bić stary, typowy dla…Więcej...
In Rainbows - Radiohead
Kategoria: Muzyka - recenzje
Autor: creativemac7

Siódmy, najlepszy album angielskiej grupy rockowej Radiohead.
Zespół słynie ze swojego eksperymentowania z dźwiękami, zmieniając ciągle stylistykę swoich nagrań. Zabieg okazał się średniej jakości, biorąc pod uwagę płyty Hail to the Thief i Amnesiac. Nie brakuje tutaj perełek np. jak utwory: "2 + 2 = 5" czy "Life in a Glasshouse", lecz wg fanów i portali muzycznych zespół przez te lata doświadczeń z dźwiękami odchylił się za bardzo w stronę elektroniki i w wyniku tego ostatnie płyty nie zostały już tak ciepło powitane jak poprzednie, choćby "OK Computer".
In Rainbows jest idealnym połączeniem tego,co z Radiohead można by wycisnąć: połączenie niebanalnych melodii,gitarowych riffów,świetnych tekstów i muzyki elektronicznej.Absolutnie KAŻDA z tych piosenek jest dopracowana w 100%, a to sprawia,że po przesłuchaniu całej płyty nie wiadomo od jakiego utwory znowu zacząć.
Co do utworów dodatkowych zawartych na płycie - można je opisać komentarzem jednego z słuchaczy:
-Radiohead osiągnął już taki poziom w komponowaniu, że utwory nie zawarte na głównej płycie swoją wartością po tysiąckroć przewyższają "nowości" innych wykonawców.
Podsumowując: szczerze polecam, a ci którzy mieniąc się znawcami sceny alternatywnej nie słuchali tej płyty -powinni z pokorą spuścić głowy i jak najszybciej zakupić ten album.
Data wydania: 10 października 2007
Gatunek: art rock, rock alternatywny
Długość: 42:34
Wytwórnia: XL Recordings
Członkowie: Thom Yorke, Jonny Greenwood, Ed O'Brien, Colin Greenwood, Phil Selway
Lista utworów:
"15 Step"
Więcej...

Siódmy, najlepszy album angielskiej grupy rockowej Radiohead.
Zespół słynie ze swojego eksperymentowania z dźwiękami, zmieniając ciągle stylistykę swoich nagrań. Zabieg okazał się średniej jakości, biorąc pod uwagę płyty Hail to the Thief i Amnesiac. Nie brakuje tutaj perełek np. jak utwory: "2 + 2 = 5" czy "Life in a Glasshouse", lecz wg fanów i portali muzycznych zespół przez te lata doświadczeń z dźwiękami odchylił się za bardzo w stronę elektroniki i w wyniku tego ostatnie płyty nie zostały już tak ciepło powitane jak poprzednie, choćby "OK Computer".
In Rainbows jest idealnym połączeniem tego,co z Radiohead można by wycisnąć: połączenie niebanalnych melodii,gitarowych riffów,świetnych tekstów i muzyki elektronicznej.Absolutnie KAŻDA z tych piosenek jest dopracowana w 100%, a to sprawia,że po przesłuchaniu całej płyty nie wiadomo od jakiego utwory znowu zacząć.
Co do utworów dodatkowych zawartych na płycie - można je opisać komentarzem jednego z słuchaczy:
-Radiohead osiągnął już taki poziom w komponowaniu, że utwory nie zawarte na głównej płycie swoją wartością po tysiąckroć przewyższają "nowości" innych wykonawców.
Podsumowując: szczerze polecam, a ci którzy mieniąc się znawcami sceny alternatywnej nie słuchali tej płyty -powinni z pokorą spuścić głowy i jak najszybciej zakupić ten album.
Data wydania: 10 października 2007
Gatunek: art rock, rock alternatywny
Długość: 42:34
Wytwórnia: XL Recordings
Członkowie: Thom Yorke, Jonny Greenwood, Ed O'Brien, Colin Greenwood, Phil Selway
Lista utworów:
"15 Step"
Więcej...
Opeth - My arms, your hearse
Kategoria: Muzyka - recenzje
Autor: MarchewaSoler

Trzeci krążek szwedzkiego zespołu Opeth różnił się znacznie od dwóch pierwszych, czyli "Orchid" i "Morningrise". Skandynawowie odeszli od surowego brzmienia gitar i blackowego wokalu na rzecz muzyki bardziej kojarzącej się z death metalem, zachowując przy tym brzmienie progresywne. Oprócz zmian w muzyce nastąpiły przemeblowania w składzie grupy. Zespół opuścili Anders Nordin i Johan De Farfalla, przybyli Martin Lopez i Martin Mendez. Ten drugi jednak nie wziął udziału w nagraniach, gdyż Akerfeldt jeszcze nie sprawdził umiejętności młodego basisty. Dlatego też sam wziął się za nagrywanie partii dla basu.
Płyta wita nas przyjemnym prologiem, w którym to uszy nasze słyszą plumkanie kropel deszczu. Tak na marginesie- "My Arms, Your Hearse" to concept album. Posiada bohatera, który traci kogoś bliskiego. Akerfeldt przedstawia w tekstach jego drogę przez ból i cierpienie. Warto wspomnieć też, że ostatnie słowo każdego tekstu jest zarazem tytułem następnej kompozycji. Po prologu sprawnie przechodzimy do April Ethereal- czeka nas mocne uderzenie. Mikael przeplata growl z czystym śpiewem, jednak tego pierwszego jest w tym utworze więcej. Jest też dosyć długa partia instrumentalna.
Znów płynnie przechodzimy do następnego utworu- When, który zaczyna się bardzo spokojnie, po czym, tak jak poprzedni utwór, daje mocnego kopa na przebudzenie. Ogólnie utwór bardzo podobny do April Ethereal.
Madrigal- krótki instrumental, za to z klimatem. Mój ulubiony w wykonaniu Opeth. The Amen Corner- chyba najbardziej "mayhowaty" utwór na płycie- zawiera najwięcej skojarzeń z innymi kompozycjami na płycie.
Demon of the Fall- utwór o charakterze…Więcej...

Trzeci krążek szwedzkiego zespołu Opeth różnił się znacznie od dwóch pierwszych, czyli "Orchid" i "Morningrise". Skandynawowie odeszli od surowego brzmienia gitar i blackowego wokalu na rzecz muzyki bardziej kojarzącej się z death metalem, zachowując przy tym brzmienie progresywne. Oprócz zmian w muzyce nastąpiły przemeblowania w składzie grupy. Zespół opuścili Anders Nordin i Johan De Farfalla, przybyli Martin Lopez i Martin Mendez. Ten drugi jednak nie wziął udziału w nagraniach, gdyż Akerfeldt jeszcze nie sprawdził umiejętności młodego basisty. Dlatego też sam wziął się za nagrywanie partii dla basu.
Płyta wita nas przyjemnym prologiem, w którym to uszy nasze słyszą plumkanie kropel deszczu. Tak na marginesie- "My Arms, Your Hearse" to concept album. Posiada bohatera, który traci kogoś bliskiego. Akerfeldt przedstawia w tekstach jego drogę przez ból i cierpienie. Warto wspomnieć też, że ostatnie słowo każdego tekstu jest zarazem tytułem następnej kompozycji. Po prologu sprawnie przechodzimy do April Ethereal- czeka nas mocne uderzenie. Mikael przeplata growl z czystym śpiewem, jednak tego pierwszego jest w tym utworze więcej. Jest też dosyć długa partia instrumentalna.
Znów płynnie przechodzimy do następnego utworu- When, który zaczyna się bardzo spokojnie, po czym, tak jak poprzedni utwór, daje mocnego kopa na przebudzenie. Ogólnie utwór bardzo podobny do April Ethereal.
Madrigal- krótki instrumental, za to z klimatem. Mój ulubiony w wykonaniu Opeth. The Amen Corner- chyba najbardziej "mayhowaty" utwór na płycie- zawiera najwięcej skojarzeń z innymi kompozycjami na płycie.
Demon of the Fall- utwór o charakterze…Więcej...
